Wielokrotnie spotykam się z pytaniami: “Co daje joga?”, “Jakie są korzyści z ćwiczenia?”, albo z propagandowymi odpowiedzi osób, którym zależy na poszerzaniu grona praktykujących (“Joga daje mi zdrowie, spokój wewnętrzny, energię na cały dzień, itp. blablabla”). W naszej kulturze dominuje myślenie w kategoriach “strata-zysk” (daję coś, żeby dostać coś w zamian). Jedni chcą się wzmocnić, drudzy – rozciągnąć, jeszcze inni – wyciszyć, rozluźnić, zlikwidować ból pleców albo szyi, a sportowcy używają jogi do poprawienia wyników na zawodach. Traktuje się jogę instrumentalnie, jak narzędzie do uzyskania określonego celu.

To normalne i dobre na pierwszym etapie przygody. Stanowi pewną motywację. Ale co będzie kiedy efekt zostanie osiągnięty? Albo, co gorsza – nie zostanie osiągnięty? Motywacja osłabnie, może nawet całkiem zniknie.

Trzeba zacząć od drugiej strony.

Prawdziwa przyjemność zaczyna się w momencie porzucenia chęci zysku. Joga jest jak miłość – najlepiej kiedy nie szukasz w niej korzyści. Dopiero wtedy praktyka sprawia autentyczną radość. Nie zmuszasz się. Stajesz na macie, robisz wdech, podnosisz ręce, patrzysz w górę i zaczynasz się tym cieszyć. Nic więcej do szczęścia Ci nie potrzeba. Potem jest wydech, pochylasz się… I tak dalej. Wciąga Cię, zagłębiasz się.

Korzyści rzecz jasna występują, ale są sprawą wtórną. Skoro już o nich mowa, to dla mnie najwartościowsze są te na poziomie fizycznym. Chodzi o najzwyklejsze dobre zdrowie i dobre samopoczucie bez względu na warunki zewnętrzne.

Nieco szerzej opisałem kiedyś zalety Asztangi z osobistego punktu widzenia w artykule opublikowanym przez portal ashtangayoga.pl.