Agroturystyczna joga instant

Odkąd pamiętam, źródłem prawdziwej energii był dla mnie wypoczynek na wsi. Przez pierwsze 3 lata życia mieszkałem u bram Puszczy Kampinoskiej i tam też później spędzałem większość szkolnych wakacji. U babci. Przynosiłem jej do ogródka żaby i polne koniki z łąki. Dzisiaj wiem, że było to gwałcenie boskiego porządku świata, ale wtedy dla mnie – 7-letniego naukowca, liczyło się organoleptyczne badanie natury.

Predyspozycje mają znaczenie, doświadczenia z wczesnego dzieciństwa – również. Nie wiem, co ma większe. W każdym razie inklinacje do tarzania się po trawie i włażenia na drzewa we mnie pozostały. Kiedy planuję urlop, nie wybieram czterogwiazdkowego hotelu w Dubaju. Dla mnie takie miejsce oznacza izolację (izolatkę!) od życia. Wybieram zerogwiazdkowy namiot na polanie w Bieszczadach. Tam jest podłączenie do źródła mocy, tam dopiero wypoczywam. A dotknięcie zroszonej trawy bosą stopą o poranku? A brak sklepu w promieniu 5 kilometrów? Bezcenne.

Dlatego od pierwszego telefonu Piotra (poprzedni wpis) w sprawie majówki aż do samego końca tej krótkiej przygody byłem na “TAK” 🙂

Idea agroturystycznego wolontariatu jest prosta: pomagasz przy gospodarstwie w zamian za wikt, opierunek oraz magię obcowania z przyrodą. Bardzo zacnie. Odpowiada mi. Wolontaryjna Majówka w Lawendowym Polu rozszerzała tę sytuację o fakultatywne zajęcia. Mieliśmy edukację z zakresu ornitologii, zajęcia praktyczno-techniczne budowania domków dla ptaków, zespołowe gotowanie obiadu pod okiem szefa kuchni z wykwintnej restauracji oraz jogę. Dowiedziałem się np., że spryciarz kowalik nie wykuwa sobie dziupli, tylko znajduje gotową i zamurowuje otwór na tyle, żeby samemu się zmieścić, a zablokować większe gabaryty pierwotnego właściciela. Przekonałem się, jak błyskawicznie można zrobić budkę dla ptaków, jeśli posiada się odpowiednie narzędzia. Pneumatyczny zszywacz tapicerski to potęga 😉 – kilka osób w ciągu kilku godzin zmontowało 60 domków.

I Love Puszcza!

I Love Puszcza! i budki w Lawendowym Polu

Warsztaty kulinarne nauczyły mnie, że dla efektu wizualnego warto poświęcić 20 minut na krojenie papryki w paski o grubości włosa, że z trywialnego przepisu wychodzą pyszne podpłomyki, i że pierwiosnki (podobnie jak wiele innych kwiatów, których bym o to nie podejrzewał) są jadalne 🙂

Jeśli chodzi o prowadzenie zajęć jogi w warunkach polowych, trzeba pójść na duży kompromis. Elastyczność przede wszystkim. Nie mylić z rozciąganiem ciała. Chodzi o podejście instruktora i jego metodykę. Elastyczność, plastyczność, otwarty umysł, trochę sprytu i reagowanie na bieżąco. Te cechy, bardziej niż branżowa wiedza okazują się przydatne, kiedy masz do dyspozycji 4 dni po dwoje zajęć, a na każdych z tych zajęć może pojawić się praktycznie ktokolwiek. Czyli żadnych założeń co do składu grupy. Nauczanie według jakiegokolwiek systemu praktycznie odpada. Potrzebujesz ekstraktu, wyciągu z metody, którą się na co dzień posługujesz. To musi być esencja, ale słodka na zachętę. Instant Yoga.

W (moim) idealnym świecie nauczanie Asztangi polega na systematycznym, zindywidualizowanym wprowadzaniu kolejnych elementów. Jest regularne, prawie codzienne. Wtedy ma największą skuteczność. Znam to z autopsji jako uczeń, potwierdzają to doświadczenia wielu innych ashtangis oraz obserwacje ich postępów. Wypisz, wymaluj, definicja stylu mysore. Kiedyś miałem marzenie o prowadzeniu zajęć w ten sposób. Porzuciłem to marzenie, jeśli nie na zawsze, to na bardzo długi czas. Od 6 lat w żadnej szkole jogi nie udało mi się rozwinąć programu Ashtanga Mysore Class. Mniejsza o to, czy było wsparcie. Nauczyciel z charyzmą poradziłby sobie nawet bez wsparcia.

Skoro stacjonarnie majsor okazał się nieosiągalny, tym bardziej na wyjazdach i okazjonalnych warsztatach mija się on z celem. Wtedy wybieram proste asany, łączę z oddechem, fragmenty asztangowych sekwencji urozmaicam pozycjami spoza Serii, wplatam stretching, fitness, taniec, pilates i ćwiczenia kalisteniczne. Bawimy się w jogę. Nie zakładam, że ktokolwiek z grupy będzie kontynuował praktykę. Dla większości uczestników to jednorazowa przygoda. Zasmakują, a jak się komuś spodoba, dopiero można myśleć o kontynuacji w bardziej systematyczny sposób.

I okazuje się, że tym sposobem po 3 dniach nawet osoby bez doświadczenia potrafią już wykonać Powitanie Słońca 🙂

Wracając na koniec do tematu wsi, jeżeli Nowe Kawkowo jest typowym reprezentantem regionu, mogę śmiało powiedzieć, że uwielbiam Warmię. Za jej florę i faunę przede wszystkim. Za różnorodność odgłosów (wiosną ptaki koncertują przez całą dobę). W Lawendowym Polu każdego ranka budziła mnie następująca symfonia:

“A po piąte przez dziesiąte
Będą ćwierkać, świstać, kwilić,
Pitpilitać i pimpilić”

(Julian Tuwim, “Ptasie Radio”, tu recytuje Irena Kwiatkowska)

Komentarze

Leave your thought