Re: “Dlaczego już nie ćwiczę ashtanga jogi?” – rozwinięcie

Powiedziało Napisało się “A”

“B” zacznę od tego, że ashtanga asztandze nierówna. Niby ściśle określona metoda, a jednak elastyczna i otwarta. Gdybym postrzegał ją jako sztywny, rygorystyczny system, w którym porządek asan jest bezdyskusyjny, a same asany wymagają kątomierza i suwmiarki, zgodziłbym się z Radkiem i nie byłoby potrzeby pisania tego tekstu.

Tymczasem definicja AVY stopniowo ulega modyfikacjom. Ewoluuje i… rozgałęzia się. Powstały wręcz nurty jej rozwoju. Wśród najbardziej doświadczonych nauczycieli widać rozbieżności interpretacyjne. Sharath Jois, jego wujek Manju, Nancy Gilgoff, Lino Miele, Danny Paradise, John Scott – każde z nich reprezentuje inną koncepcję, na inne rzeczy zwraca uwagę. Esencja oczywiście wszędzie jest ta sama, pojawiają się natomiast techniczne różnice, niekoniecznie subtelne. Radek prawdopodobnie odnosił się do wykładni kultywowanej 10 lat temu, kiedy bezrefleksyjnie powtarzano za K. P. Joisem “correct/incorrect method”, często nie umiejąc uzasadnić, co z czego wynika. Dziś dysponujemy większą wiedzą, która szerzy się m. in. za sprawą internetu. Szybko wzrasta ogólny poziom świadomości, dzięki czemu maleją szanse popełniania błędów.

W pewnych miejscach przyznaję Radkowi słuszność, w innych – nie. Z niektórymi stwierdzeniami zgadzam się warunkowo, tj. po przyjęciu odpowiednich założeń. Są też takie, co do którym nie potrafię się odnieść z powodu braku wystarczającej wiedzy. Starałem się zrozumieć jego punkt widzenia i zachować możliwie najwyższy stopień obiektywizmu.

“Zbyt duży nacisk na rozciąganie ciała”

Już ten pierwszy nagłówek zaskoczył mnie i obudził wewnętrzny sprzeciw. Zdałem sobie sprawę jak różnie można traktować wytyczne asztangajogi. Na mnie nikt żadnych nacisków nie wywierał. Zresztą nawet gdyby próbował, poszedłbym gdzie indziej. Od samego początku skupiałem się na utrzymywaniu bandhy przy jednoczesnym tworzeniu przestrzeni dla oddechu.

“Stopień elastyczności ciała, do którego dążą praktycy ashtanga jogi(…)”. Kto dąży, to dąży. Ja nie dążę. Z drobnymi wyjątkami, potwierdzającymi regułę. Pierwsza myśl o mocniejszym rozciągnięciu pojawiła się w mojej głowie po 5 latach od rozpoczęcia praktyki. Impulsem był moment, w którym zauważyłem jak niewiele mi brakuje do pełnego szpagatu. Nigdy wcześniej nie byłem tak blisko podłogi. Postanowiłem na tym się skupić, dodając Hanumanasanę do sekwencji. Przyniosło to oczekiwany skutek po miesiącu. I to był jedyny epizod z rozciąganiem dla samego rozciągania. Byłem zwyczajnie ciekawy, czy da się zrobić. Sprawdziłem – da się. Eksperyment zakończony.

Prawdopodobnie istotny wpływ na kierunek, w którym się pracuje, mają predyspozycje. Mi stosunkowo łatwo przychodziło rozciąganie (gorzej było z siłą, dlatego to jej zawsze poświęcałem więcej uwagi). Ale z punktu widzenia nauczyciela zaczynam rozumieć osoby mniej elastyczne. Mam okazję obserwować, jak próbują się rozciągać, niemalże upatrując w tym cel całej praktyki asan.

Mogę sobie wyobrazić, że nadelastyczność jest przeszkodą w długotrwałym utrzymywaniu pozycji medytacyjnej. Brzmi logicznie. Tylko gdzie zaczyna się owo “nad”? Chyba jeszcze nie przekroczyłem tej niewidzialnej, umownej granicy nadelastyczności. Bywają dni, że potrafię wysiedzieć w bezruchu 90 minut.

“Brak wzmacniania większości mięśni nóg (…)”. Powiedzmy to komuś, kto wykonuje sekwencję pozycji stojących po raz piąty, dziesiąty, może nawet pięćdziesiąty w życiu, a jej/jego ciało od pasa w dół nadal trzęsie się z wysiłku. Większość mięśni nóg angażujemy podczas zwykłego chodzenia. Jeżeli przez wzmacnianie mięśnia należy rozumieć jego aktywizację, to na dobrą sprawę dzięki “stojącej” części asztangowych serii można wzmocnić wszystkie mięśnie nóg! Wszystko zależy od tego jak się stoi. Ma znaczenie, jak szeroko rozstawiasz stopy, czy je “oddalasz”, czy też “przybliżasz”, oraz którą część stopy przyciskasz mocniej do podłoża. Ja ostatnio odkrywam pracę przywodzicieli w Trikonasanie i tylnych mięśni ud w Parivrtta Trikonasanie. Do wzmocnienia obręczy kończyny dolnej można z powodzeniem wykorzystać Utthita Hasta Padangusthasanę. “Wchodzi się tylko na chwilę (…)”? Nikt nie broni na dłużej. Jeśli czujesz, że Twoje nogi i biodra potrzebują wzmocnienia, poświęć więcej czasu i skup się na tym właśnie w stojącej części Serii.

Na brak ćwiczenia przywodzicieli nie można narzekać: Prasarita Padottanasana * 4, Wojownik 1, Purvottanasana, lwia część sekwencji świecy, Sirsasana. Wszędzie, gdzie łączysz nogi, możesz je łączyć mocniej. Łydki wzmocnisz w Purvottanasanie, Sarvangasanie, Sirsasanie. Na odwodziciele też coś się znajdzie: ParsvakonasanaUtthita Hasta Padangusthasana, Wojownik 2, Badha Konasana, Supta PadangusthasanaSetu Bandhasana. Z piszczelowymi trochę bieda (właściwie tylko Setu Bandha), bo w Pierwszej Serii stopy wyprostowane w stawie skokowym (point) zdecydowanie wygrywają ze zgiętymi (flex). Ale… można nadrobić w każdej Czaturandze i każdym Psie do Dołu 😉

W winjasach “pracuje tylko kilka mięśni w jeden powtarzalny sposób”. Cóż, taki jest urok powtarzania czegokolwiek. To prawda, że przy “łamaniu się” z prostymi plecami pracujemy głównie grzbietem i tyłami ud. Dlatego uważam, że ten ruch wcale nie jest bezwzględnie obowiązkowy. Wymaga on dużej uważności – świadomego centrum i silnej bandhy. Ważna jest rola nauczyciela, który go bezpiecznie wprowadzi. Zawsze można odejść od stricte książkowej metody.

Ja nauczyłem się odciążania kręgosłupa… na siłowni, trenując martwy ciąg. Dzięki temu kilka lat później nikt nie musiał mi szczegółowo tłumaczyć, o co mam zadbać przy Powitaniach Słońca (na przykład często celowo napinam pośladki). Bardzo wiele dały mi treningi koszykówki. Nogi, pośladki, plecy, ramiona oraz głębokie mięśnie tułowia – te partie mięśni zdążyłem ponadprzeciętnie wzmocnić. Siła i wytrzymałość, zwłaszcza nóg, chociaż okupione sztywnością bioder, ułatwiły mi start w AVY. Mniej szczęścia mogą mieć osoby, które zaczynają od zajęć typu “Power Yoga” w klubach fitness, gdzie instruktor szybko wygina śmiało ciało, a Powitania Słońca polegają na wymachiwaniu grzbietem w górę i w dół.

Wzmacnianie ciała zawsze można poprawić tak, żeby stało się bardziej równomierne. Kwestia tylko przesunięcia akcentu, przedłużenia czasów jednych pozycji kosztem innych. Pojawia się pytanie, skoro mówimy o funkcjonalności jogi, co to znaczy “równomierne wzmacnianie” i których mięśni najbardziej potrzebujesz w życiu codziennym.

Na pewno nie zgodzę się, że mało wzmacniane są mięśnie naramienne, najszersze grzbietu i skośne brzucha. Każde podniesienie i utrzymanie ręki w górze angażuje naramienny (Surya Namaskar, Virabhadrasana). Bez niego nie utrzymasz się skacząc w winjasie do tyłu/przodu. A Bakasana, Pincha Mayurasana, “zawieszone” winjasy w Intermediate? Przy każdym Psie z Głową do Góry (czyli w Primary – 55 razy) używasz najszerszego. Można go wzmocnić zostając dłużej w Dandasanie i Utpluthih, można nawet przy skłonach do przod, ściągając odpowiednio łopatki. A w Intermediate dochodzą m. in. Salabhasana i Gomukhasana. Skośnych brzucha używasz przy skrętach. Co jak co, ale skręty stanowią isotny fragment zarówno Pierwszej jak i Drugiej Serii asztangi.

“Zbyt mało rozciągania barków”. Jeśli chodzi o tyłozgięcie w stawie ramiennym, to Pierwsza Seria oferuje wiele możliwości (zarówno z rotacją wewnętrzną, jak i zewnętrzną): Prasarita Padottanasana C, Parsvottanasana oraz wszystkie asany, w których ręką obejmujesz plecy (Ardha Badha Padma, Marichyasana ABCD).

W przypadku tyłozgięcia pozornie mamy deficyt. Na pierwszy rzut oka dopiero Urdhva Dhanurasana (mostek) pod koniec sekwencji rozciąga barki takim ruchem i to od razu intensywnie. Bez wcześniejszego przygotowania(?) No dobrze, a Adho Mukha Svanasana to pies? 😉 Owszem! Rozciągający barki pies z opuszczoną głową. Ramię wykonuje tu dokładnie ten sam ruch, co w mostku, tylko w mniejszym zakresie. Nieco inaczej też rozkładają się obciążenia. Ale to nie szkodzi potraktować tę pozycję jako przygotowanie do mocniejszego rozciągania. Nagle się okazuje, że od pierwszego Powitania Słońca do pierwszego Mostka mamy mnóstwo okazji do rozciągnięcia barków 🙂

Zgadzam się co do rozgrzewki przedramion, nadgarstków i dłoni. O te partie trzeba zadbać. Ja robię krótką rozgrzewkę lub, jeśli nie ma czasu (np. na zajęciach prowadzonych), odciążam je: leżenie zamiast kija, kobra zamiast psa w górę, a pies w dole “przesunięty na stopy”, z ugiętymi kolanami.

Zgadzam się również, że stawanie na głowie wymaga dbałości o precyzję i bezpieczeństwo. Wymaga starannego przygotowania. Inaczej ryzykujemy własną lub, co gorsza – cudzą szyją. Przy solidnym staniu na głowie 80-90% ciężaru ciała przejmują ramiona, czyli szyja osoby ważącej 70 kg dźwiga, powiedzmy, 3 tomy “Encyklopedii Powszechnej PWN”. Niezbyt oszałamiający ładunek, i to najwyżej przez 3 minuty dziennie, jeśli mówimy o 1. Serii asztangi. Afrykańskie kobiety noszą na głowie do 20% tego ile same ważą.

Radek pisze o siedzących skłonach do przodu “z zaokrąglaniem dolnych pleców”. Nigdy w ten sposób nie ćwiczyłem. Będąc w skłonie (lepsza nazwa: zgięcie w przód) prostuję plecy. To samo sugeruję na swoich zajęciach. Odbiegam od tej zasady jedynie po odgięciach do tyłu, dla kompensacji.

“Ekstremalne wygięcia w tył prowadzą do uszkodzeń krążków (…)” i zwyrodnień. Owszem, na dłuższą metę każde ekstremum jest szkodliwe. Joga powinna być drogą środka.

Zwyrodnienia nie powstają w jedną noc. Pracujesz na nie latami. Jeśli faktycznie praktykujesz jogę, a nie tylko asany, orientujesz się, kiedy coś idzie w złym kierunku i to zmieniasz.

Ja zdążyłem się zorientować, że szkodzi mi nadwyrężanie ciała przy dwóch pozycjach: Kapotasana i Eka/Dwi Pada Sirsasana. Pierwszą poczułem w lędźwiach, drugą – w szyi (od naciskania nogą). Z nimi muszę uważać, tzn. cierpliwie pracować w zakresach absolutnej bezbolesności, akceptując fakt, że danego dnia ruchomość w jakimś obszarze jest mniejsza.

Normy fizjologiczne i statystyki. Szanuję, nie kupuję (pewnie dlatego, że nie rozumiem).

Normy są dla normalnych 😛 Mistrzowie praktykujący zaawansowane jogowe techniki wymykają się normom. Potrafią kontrolować procesy fizjologiczne w stopniu ponadprzeciętnym (patrz eksperymenty z zamykaniem się w hermetycznych skrzyniach na wiele godzin). Normy to narzędzie naukowców, podobnie jak statystyki. A mędrca szkiełko i oko nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania.

Statystyka jako naukowy argument słabo do mnie przemawia. Oczywiście liczby nie kłamią. Rzetelnie mówią prawdę. Trzeba jeszcze umieć z nich skorzystać w indywidualnym przypadku. Statystycznie (wiek, płeć, wykształcenie, kwalifikacje zawodowe) zarabiam 5 tys. miesięcznie. Tylko gdzie są te pieniądze, do jasnej Anielki?! (spokojnie, Anielka, możesz tu podstawić inne imię).

62% miało kontuzje. Wygląda na to, że pozostałym się upiekło. A co z osobami, które ćwiczą od 40 lat? Czy wszyscy oni już mają endoprotezy? We wrześniu 2015 do Wrocławia przyjeżdża Nancy Gilgoff – kobieta, która ćwiczy w systemie Joisa dłużej niż ja chodzę po Ziemi. Od wielu lat zakłada nogi za głowę. Wybieram się na jej warsztat (Akademia Ruchu, facebook). Przy okazji zapytam, czy nosi endoprotezę stawu biodrowego 😉 oraz o ilu przypadkach takich implantacji wśród asztanga-joginów słyszała.

Ja w ciągu 10 lat dwa razy doznałem kontuzji. Po żadnej z nich dziś nie ma śladu (co wcale nie oznacza, że zniknęły bezpowrotnie – tego się dowiem dopiero pod koniec życia).

Pierwsza była gwałtowna, dzięki czemu dobrze pamiętam moment, w którym nastąpiła. Pindasana – jedna z asan sekwencji końcwowej, wydała mi się już na tyle wygodna, że zechciałem ją pogłębić, tzn. zacieśnić ułożenie nóg w lotosie. Pomogłem sobie rękami, gdy nagle usłyszałem chrupnięcie i poczułem ból w lewym kolanie. Najprawdopodobniej uszkodziłem sobie wtedy więzadło poboczne piszczelowe lub krzyżowe przednie. Nie znam diagnozy lekarskiej. Bolało przez kilka miesięcy, ale mogłem jako tako chodzić. Ćwiczyłem nadal, tylko lżej i wykorzystując mniejszy zakres ruchu w tym kolanie. Stopniowo ból mijał, aż całkiem zniknął. Dziś lewe kolano mam bardziej mobilne niż prawe.

Momentu wystąpienia drugiej kontuzji nie jestem w stanie podać. Ona “rozwijała się”. Przez pół roku przy każdym skłonie czułem promieniujący ból pod kością kulszową. Powiedziałbym, że była to łagodna wersja rwy kulszowej.

Kiedy zastanawiam się nad celem wykonywania/przybierania skomplikowanych pozycji ciała, przychodzą mi do głowy 3 wytłumaczenia:

  1. Ich nie robi się “po coś”. Przecież nie chodzi o to, by cokolwiek osiągać. Raczej pozwolić na to, co wydarza się samo. W pewnym momencie zauważasz, że ciało otwiera się w jakiejś pozycji, pozwala ją pogłębić. Odczuwasz naturalną potrzebę, żeby pójść o krok dalej.
  2. Robi się po to, by poznać i zaakceptować swoje ograniczenia.
  3. One działają terapeutycznie. Poprzez sam ruch/kształt ciała niejako wymuszają pożądany obieg energii. To ulubiona przez “joginów” (“jogów”?) i bodaj najpopularniejsza interpretacja. Atrakcyjna, bo komercyjna. Łatwiej złapać klientkę/a zapewniając, że w Pada Hastasanie poprawi sobie trawienie, w Świecy – krążenie, a Półksiężyc wyreguje jej owulację.

Miałem przyjemność poznać kilka osób zaplatających nogi do lotosu z równą łatwością, z jaką zakłada się ręce na klatce piersiowej. Czy należy im tego zabronić w obawie przed uszkodzeniem więzadeł kolanowych? Sadzę, że przy takim stopniu ruchomości bioder ich kolana są już bardzo bezpieczne.

Skoro jesteśmy przy tej pozycji: Zrobiłem ostatnio eksperyment. Wykorzystałem warunki kursu Vipassany (wiem, to wbrew regulaminowi, ale służyło wyższemu dobru). Na tyle wygodnie siedzę w lotosie, że postanowiłem wydłużać czas siedzenia. 3-4 razy dziennie po 15 do 30 minut. Łącznie ok. 12 godzin przez 10 dni. I to (nie licząc pokonywanych schodów) bez żadnego specjalnego wzmacniania. Po kilku dniach, owszem, zacząłem odczuwać “wiotkie” kolana, wrażliwe na każdy ruch. Potraktowałem to jako sygnał, by zmniejszyć intensywność eksperymentu, pozwolić na regenerację. Pomogło.

Tutaj bym się zatrzymał, żeby odetchnąć trochę od powierzchniowej cielesności. Rozszerzmy perspektywę.

Po pierwsze organizm to coś więcej niż tylko mięśnie szkieletowe i stawy. Dla mnie prawdziwą siłą asztangi jest to, co leży głębiej. Bandha działa od środka. Oddziałuje również na narządy wewnętrzne. Oczyszczanie układu oddechowego i trawiennego, wzmacnianie ich, podnoszenie odporności – te korzyści uważam za bezcenne. Zatrucia pokarmowe są mi obce (a zjadam najprzeróżniejsze śmieci), w ogóle też się nie przeziębiam, nawet gdy dookoła szaleje grypa.

Po drugie człowiek to nie tylko ciało fizyczne. Również energia krążąca swoimi kanałami (meridiany, nadi). Konstruując serie asztangi hindusi brali pod uwagę, żeby ten obieg usprawniać. Widzieli człowieka w szerszym kontekście, wykorzystywali ajurwedę.

Przecież nie chodzi o asany dla samych asan, nie o wzmacnianie czy rozciąganie ciała. Ćwiczysz uważność, ćwiczysz równowagę. Wiem – truizm powtarzany w każdym tekście o jodze. Ale kiedy stajesz na głowie, rozumiesz i doceniasz jego sens.

Nie zgadzam się z tym, że błędy są systemowe. Miewam zastrzeżenia do sposobu stosowania tej techniki, ale nie do techniki jako takiej. Dowolny ruch można wykorzystać w pożyteczny sposób. To jak z energią. Potocznie mówi się “dobra/zła energia”, “pozytywna/negatywna energia”. A przecież energia to neutralne, bezstronne, przezroczyste paliwo do zasilania układu. Możemy ją wykorzystać do tworzenia lub niszczenia. Podobnie z ruchem. Uważam, że ludzkie ciało nie jest w stanie samo się uszkodzić. Trzeba mu w tym pomóc (a Ego potrafi).

“Sztywna struktura serii”

Każdy sztywny system jest szkodliwy, jeśli egzekwujemy jego reguły bezkrytycznie i bezwzględnie. Struktura serii asztangawinjasy jest sztywna tylko na pozór. Warto przeczytać np. wywiad z Manju Joisem na stronie www.ayl.com.au (za podesłanie dziękuję Patrycji Gawlińskiej – joginka.pl).

Fanatyczny nauczyciel będzie trzymał się schematu z klapkami na oczach, podążając za słowami gurudżiego albo wyczytanymi z mądrej książki. Nic nie zmieni, bo nie wie jak, bo się boi.

Pattabhi Jois (tak tak – ten dziadek, co na przywołanym przez Radka filmiku obmacuje uczennice) miał kiedyś na shali kilka osób. Indywidualizował praktykę. Słabiutkiej Nancy Gilgoff grupował pozycje, żeby nie musiała przechodzić do Kija za każdym razem, podczas gdy silni faceci (Lino Miele), ćwiczyli pełne winjasy (full vinyasa – przeplatanie sekwencji stojącej winjasami, powrót do pozycji stojącej między każdymi dwiema siedzącymi). Później, gdy uczniów były setki, niemożliwe było takie podejście. Gdy zaczyna się masówka, trzeba opracować procedury. Wtedy jednostka traci swoją indywidualność. I już nie zaczniesz Drugiej Serii przed wstaniem z mostka, nawet gdyby to miało ci przynieść korzyści 😉

Na pewno niebezpieczna jest, moim zdaniem, ogólnodostępność Serii Prowadzonej. Do tych zajęć powinno się dopuszczać tylko wybrane osoby. Niestety w praktyce podejście biznesowe oraz dobre serce wygrywają z tą zasadą. Każdy klient jest cenny, każdy może być strategiczny, nikogo nie chcemy urazić, dlatego każdy wchodzi. Do tego tematu wrócę w osobnym wpisie.

Asztangajoga nie nadaje się do stosowania sporadycznego. Odczujesz jej działanie, jeśli zachowasz ciągłość, zachowasz kontekst. Wyrwana z kontekstu mocna sekwencja może zaszkodzić.

Istotny, a często bagatelizowany wpływ na efekty/skutki praktyki ma cała życiowa otoczka, czyli odżywianie (ilość, jakość, częstotliwość, pora dnia), sen (długość, pora doby), stres (częstotliwość, intensywność, czas trwania), relacje z otoczeniem (nastawienie do ludzi/świata, sposób reagowania na wydarzenia), stopień świadomości własnych emocji, kontakt z nimi, umiejętne nimi zarządzanie itp.

Ashtanga Vinyasa jest fizycznie trudna, intensywna i bardzo wymagająca. Przez to też potencjalnie niebezpieczna. Jak każda silna broń. Dlatego powinna być stosowana z rozwagą. Mądry nauczyciel potraktuje gotowe sekwencje jako punkt oparcia, z którego można dalej budować/szyć na miarę.

Powstaje pytanie gdzie kończy się asztangajoga, a zaczyna “inna joga”. Jak dalece można się posunąć z modyfikacjami, żeby móc mówić, że to jeszcze Ashtanga Vinyasa Yoga? Ile z nich zmieści się w definicji AVY?

Ważne CO i ważne JAK

Radek napisał “generalnie szkodliwe”. Musi być mocno przekonany, że tak rzeczywiście jest. Generalne znaczy ogólne, czyli prawdziwe zawsze, wszędzie i dla wszystkich. Z pewnością istnieje naukowe uzasadnienie szkodliwości ćwiczenia asztangi. Chciałbym je poznać, głównie po to, by wiedzieć na co zwrócić uwagę u siebie i (zwłaszcza) u tych, którzy zaufali mi jako nauczycielowi. Jestem ciekawy przyjętych założeń. Nieporozumienia i różnice zdań często biorą swój początek właśnie tam.

Nie podejmuję się polemiki na gruncie medycznym, bo zbyt mało jeszcze wiem. Na szczęście są inni profesjonaliści-badacze studiujący biomechanikę asztangawinjasy. Ich misją wydaje się być “rafinowanie” jej na gruncie wiedzy zdobytej przez zachodnią cywilizację. Np. David Keil. Ten facet kiedyś nauczył mnie wstawania z mostka dał mi wskazówki jak wstawać z mostka i był obecny przed moją matą kiedy po raz pierwszy dokonałem tej sztu(cz)ki. Tacy jak on podejmują próbę zaadaptowania winjasy do przeciętnego “zachodniego” ciała. Można? Można. Po co wylewać dziecko z kąpielą skoro wystarczą drobne poprawki, żeby cieszyć się korzyściami bez narażania zdrowia? Wziąć to, co nam służy odjąwszy to, co nam szkodzi.

Moja pani od polskiego (najlepsza!) mówiła, że dobre wypracowanie to takie, które ma wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Nauka nie poszła w las. Będzie jeszcze zakończenie. Zdecydowanie krótsze od reszty i pojawi się wcześniej niż za 3 miesiące 😉 gdyż większość leży już w brudnopisie.

[edit]: zakończenie

Komentarze

Leave your thought