Vipassana i Adaptacja

Krutyń, Mazury, Polska. Zakończył się kolejny “odjazd u Goenki” ;-). Po czterech odsłużonych tutaj kursach, ten był dla mnie pierwszym odsiedzianym. Poprzednio wybierałem warianty letnie, organizowane gdzie indziej. Zakładałem, że ciepło pomoże mi łatwiej znieść brak ruchu i 19-godzinne przerwy między posiłkami. Tym razem chciałem się przekonać, jak zniosę chłód. Ale nie było mi to dane. Natura nieprzyzwoicie nas rozpieściła: 10°C przez całą pierwszą dekadę listopada! Wieczorami mogliśmy spacerować bez kurtek.

Fizycznie odczułem ten kurs leciutko. 3 dni umiarkowanego cierpienia wystarczyły kolanom i biodrom okiełznać siedzisko. Dużo szybciej niż np. rok temu. Ciało się fantastycznie adaptuje, jeśli tylko damy mu szansę (tzn. ćwiczymy). Do wytrenowania pozostaje umysł. Trudniejsza sprawa.

W jednym utwierdziłem swoje przekonanie: Kawa to Oszust, a Cukier to Szatan. Niby oczywiste, a jednak dopiero doświadczenie ich braku przypomina tę prawdę dosadnie. Spróbuj odstawić oba (najlepiej wszystkie inne również) stymulatory na kilka dni. Zobaczysz jak dają się we znaki. Ogarniający bezwład, rozpoczęte procesy myślowe nie mają zamiaru się zakończyć. Pomnożenie w pamięci 128 razy 15 trwa wieki (robię takie testy bystrości umysłu). Na szczęście ludzki organizm to cudowna, samonaprawiająca się maszyna. Jest jak wańka-wstańka. Wystarczy go pozbawić dopływu trucizny. Po 3-4 dniach detoksu wraca z letargu. Przypomina sobie, skąd czerpać prawdziwą energię. Moc jest w nas.

To była dygresja. Teraz do rzeczy.

Siódmego dnia pan Bóg odpoczywał, uczniowie na seminarium o Dhammie pilnie trenowali umysły, a Michał zamiast pracować poważnie, wydumał niniejszy tekst. To znaczy esencja sama przyszła. On musiał tylko ubrać ją w słowa.

Zaczęło się od jednego rzutu okiem na salę medytacyjną. Po jakimś czasie drugi rzut, potem trzeci i tak dalej. Dzień w dzień oko rejestrowało coraz więcej wzniesionych budowli. Krzesła, stołki, stołeczki, taboreciki oraz inne udogodnienia łagodzące dyskomfort. Normalka. Zawsze tak jest. Bywa, że pod koniec kursu poduszki bez wsparcia widać tylko na połowie miejsc.

80 sesji medytacji, średnio po 1h 15min, w ciągu niespełna 11 dni. To naprawdę intensywna przeprawa. Dla początkujących – skok na nieznaną głębinę. Pomijam już nawet kwestię zatrważającego stanu zdrowia młodej (20-40) części populacji. Wiele osób potrzebuje gadżetów, żeby przetrwać fizycznie. Pojawia się pytanie: Czy zawsze i czy wszyscy jesteśmy gotowi?

Przeczytałem ostatnio świetny podręcznik Swamiego Ajaya pt. “Medytacja. Psychologia jogi w praktyce” (wydawnictwo Tedson). Książka jest napisana bardzo przystępnym językiem. Autor wprowadza do tematu zwięźle i treściwie, krok po kroku. Zaleca rozpoczęcie praktyki od dwóch sesji dziennie po 20 minut (ważna jest stałość pory i miejsca). Porcja się zwiększa w miarę możliwości przyswajania.

Kursy w tradycji Sayagyi U Ba Khina mają inną koncepcję. Są nauczaniem masowym. Owszem, od podstaw, ale masowym. Indywidualne podejście zepchnięte na margines. Przekazuje się kompletną technikę Buddy w kilka dni. Ogromna kondensacja. Stopień zaawansowania ucznia jest bez znaczenia. Może się zdarzyć, że z tych 100 godzin ktoś wykorzysta 10 minut (baardzo cenne 10 minut, trzeba przyznać). To tak, jakby osoba o sztywnych plecach i biodrach miała od razu wykonać pełną pozycję Marichyasana D. Ćwicząc wariant uproszczony nie doświadczy subtelnych efektów, które pojawiają się dopiero w wariancie pełnym. A próbując tegoż połamie sobie kości. Ona po prostu nie jest gotowa. Potrzebuje czasu, potrzebuje adaptacji.

Podobnie tutaj. U wielu osób magia Vipassany nie działa. Po 10-dniowym kursie żyją jak dawniej. Są tacy sami w relacjach, tacy sami w radzeniu sobie z “przeciwnościami” losu. Wina metody? Nie. Błąd popełnia człowiek. Z jakiegoś powodu nie jest w stanie praktykować zgodnie z nauczaną techniką. On też potrzebuje adaptacji.

Ma znaczenie to, z jakiego powodu wybieramy się na kurs. Sama ciekawość to za mało.

Ja nie miałem pojęcia, co czynię, gdy jechałem na swój pierwszy. To był akt desperacji po zakończeniu bardzo istotnego związku. Psychicznie i fizycznie wyniszczony zbyt długim pogrążaniem się w poczuciu winy, krzywdy, bezsilności, żalu nad stratą, szukałem ratunku. Co robić? Gdzie się podziać? Nowhere to run, nowhere to hide. Akademicka psychologia rozkłada ręce. Klasztory zajęte lub nieczynne. Szukałem ratunku, a to była deska, jak się okazało – ostatnia (chociaż cześć i chwała należy się również skuteczności EFT, bardzo polecam Joasię Chełmicką).

Ćwiczyłem skrupulatnie, według zaleceń. Bolało, ale nie miałem nic do stracenia. W efekcie, po raz pierwszy od ponad roku, na mojej twarzy nie tylko pojawił się uśmiech, ale wydobył się okrzyk radości! Z doliny rozpaczy wprost na najwyższą gałąź szczęścia ;-). Raz, a dobrze uwolniłem się od rozpamiętywania tamtej dziewczyny. Przy okazji poukładało mi się w głowie, co chcę w życiu robić i jak się za to zabrać. Dzięki temu jest ta strona (tak, wiem, w budowie…), dzięki temu mam dzisiaj możliwość rozwijania się jako nauczyciel instruktor Jogi jogi we wspaniałym, wspierającym otoczeniu 🙂

Wracając do adaptacji, całkiem sprawnie idzie ona w kuchni usługujących Dhammie. Z roku na rok coraz mniej tam Indii, a coraz więcej Polski. Pojawiają się czasem jeszcze pomarańcze na stołach, gdy na zewnątrz pada i wieje, ale to drobnostka. Generalnie posiłki są wyborne i przepyszne. Na piątkę 🙂

Komentarze

Leave your thought